• Wpisów:1298
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 13:35
  • Licznik odwiedzin:74 056 / 2676 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Pisane przy:

YOU’VE BEEN WAITING FOR TOO LONG
YOU NEED TO HURRY, HURRY, HURRY UP NOW





- Dawno Pani u nas nie było. - Słyszę słowa portiera. Odrobina w nich zaciekawienia, więcej wyrzutu. Nie czuję się na siłach wyjaśniać, że nie wracam potulnie o jednej godzinie...
Ach, nie. Co ja mówię. Przecież ja wracam mniej więcej o tej samej porze, przed 19.00. Zrezygnowana i nieco głodna. Nie jestem głodna jedzenia, jadłam na mieście. Raz. Drugi. Z tym. Z tamtym. W przerwie od tego, czy tamtego. Jestem głodna zapachu tostera. Zapachu domu. Otwierania i zamykania okien, które wychodzą na jakiś widok. Niestety, nie zanotowałam na jaki. Jakoś nigdy nie było okazji. Mam takie ładne, beżowo-złote zasłony.

Pan portier chyba chciał mi uświadomić, że mam życie. I zażądać wyjaśnień. "Gdzie się włóczysz?" "Co robisz w życiu?", "Dlaczego nie widzę Cię, jak wracasz ubzdrygolona, jak inne, radosne dziewczyny?" Nie zadał tych pytań, ale chyba chciał.

Zmieszanie. Stanowisko nr. 1. Przyjęłam.

- Ty nie masz życia. - Drwi, ale z sympatią ktoś, z kim dzielę życie. Nie mamy wspólnych tematów, a wspólnych spraw też coraz mniej, skoro nie mieszkamy razem.
I co, mam czuć się winna? Wiem, że to nie było "osobiste", to tylko taka uwaga.

Obrót o 180 stopni. Stanowisko nr 2. Znowu inne stanowisko. Znowu czyjeś.

Babcia stara się do mnie dodzwonić 3 dzień.
- Zapomniałaś? - Słyszę.
- Nie... Tylko staram się robić w życiu coś więcej, niż tylko się utrzymać.

Zwrot akcji. Ona z kolei uważa, że wsiąkam za bardzo.

Czuję się, jakby zobowiązana do wyjaśnień:
A) Dlaczego "nie mam życia".
B) Dlaczego "mam życie".
C) Dlaczego moje życie "pozbawione jest treści".
D) Dlaczego moje życie jest "tak wciągające, że nie mam czasu na nic innego, tylko kręcę się wokół własnej osi"?
E) Jak to jest możliwe, że ja w życiu zyskuję coś, czego inni nie mogą się dorobić, a o co się modlą?

Rozliczyli by nas ze wszystkiego, gdyby wiedzieli, ile to warte.
Ograbiliby.

To miasto oszalało.
To miasto jest takie pośpieszne.
Odbiór jest dokładnie taki, jaki Twój wirujący obraz w czyichś oczach - do momentu gdy go nie zaprzeczysz.

Ale po co?
Zaprzeczajmy sobie w małych, ciepłych dwójkach.

A.
 

 

Pisane przy:




- Wszystko jest poukładane, czego chcieć więcej. - Powiedział, unikając mojego wzroku.
Dobrze to wygląda na papierze, dobrze wygląda w towarzystwie. A w życiu codziennym? Po prostu nie wchodzimy sobie w drogę. Słuchaj, nie patrz tak na mnie. - Zażądał. Nie chcę tego zmieniać, po prostu nie mam już ochoty na zmiany.
Ja jestem tu, ona jest tam. I wygląda, jakby na mnie czekała. Ale tak naprawdę czekamy tylko na moment, aż poczujemy się wolni od siebie. Przyzwyczajenia i sentymenty muszą stracić swoją moc.

Moje nogi zwisały z barowego stołka, a słodkie piwo pite przez słomkę uświadamiało, że po raz pierwszy od zamierzchłych czasów nie spędzam wieczoru sama.

Naprawdę miałam nadzieję na jakieś wspierające słowa. Nie mam na myśli "dobrego przykładu".
Tylko durnego, bezwartościowego "Jesteś na dobrej drodze, mała."
Tymczasem...

Nie z każdej mąki będzie chleb?




Chciałabym, żeby każda z nas miała Takiego Kogoś.
Takiego kogoś, komu jest w życiu dobrze...
żeby móc posłuchać, przyklasnąć. Zdobyć przekonanie, że można.

Chciałabym tego dla każdej dziewczyny. Tymczasem mój ktoś, kto bardzo długo potwierdzał, że można
łączyć ze sobą miłość, czas i realizację - okazał się kłamać. Albo po prostu... "dobrze brzmieć".
Życie obok siebie. Takie wygodne, starannie przemyślane. On kogoś ma w innym mieście, i kreuje się na zapracowanego, na kogoś, kto wciąż musi pilnować swoich wizji, żeby nie pozostały tylko wizjami.

A może 'realizacji' nie ma? Może to miejski mit o samorealizacji, o stabilności finansowej, o frajdzie z odkrywania i wprowadzania nowych rzeczy? Może to tylko plaster na zapomnienie? Alternatywa dla tych, którzy nie chcą się zaangażować w cokolwiek, zweryfikować wyobrażenia?

Może to wyjście dla tych, którzy zrezygnowali z szukania prawdziwego spełnienia? Takiego dla siebie, do początku do końca. Takiego, które nie zakłada planów, ani strategii.

Jak się tego dowiedzieć?
Jak się tego nie dowiedzieć?

Po prostu... Nie chodź tą ulicą, żeby go nie spotkać.
Kogo? Kogoś, z kim miałaś dzielić życie, ale postanowiłaś koncertowo zrezygnować, stchórzyć.




A.
 

 

Pisane przy:




- Dlaczego powiedziałaś, że łączysz niemożliwe do połączenia? - Usłyszałam pytanie męskim, ciepłym głosem.
Takie pytania są jak podróż do domu.
Kiedyś myślałam, że przez całe życie będę podążać za sobą. Jakże się myliłam.

Kiedy chcesz tak żyć, jesteś jak wiatr, rozdzielający źdźbła trawy, gdziekolwiek się poruszysz. Tylko suchy piasek, trawa i słońce zachodzące na złoto gdzieś w oddali. - Masz przestrzeń, ale brakuje Ci punktu zwrotnego.

Otóż nie jest tak, że łączę niemożliwe do połączenia. Tylko układam w całość kwestie absolutnie priorytetowe, które przy okazji zaspokajają wszystkie moje pragnienia. Łącznie z tym lekko niedorzecznym, by być zawsze o piruet przed innymi.
Właśnie dziś zostało mi to uświadomione.

- Jesteś tą samą osobą, co kilka lat temu. Owszem, masz pozycję dystansu, ale czy to cokolwiek zmieniło?
Pytanie numer dwa.

Odwracam się na fotelu, mocno odpychając.
- Wiesz, jak to jest zaczynać wszystko, dosłownie wszystko od początku, by sprawdzić jedną, jedyną, malutką rzecz?
Tak, to jest cofanie życiorysu.

- Z tego miejsca cofasz życiorys. - Dostaję odpowiedź. NIE ZAPOMINAJ, ŻE TO Z TEGO MIEJSCA COFASZ ŻYCIORYS.

No dobra, już nigdy nie powiem, że łączę niemożliwe do połączenia. Przecież to proste. Nawet nie pokrywa się w czasie.
To, że ludzie trzymają się jednego i jeszcze sobie z tym nie radzą, to jeszcze nie powód, żeby mówić, że ja "Łączę ze sobą rzeczy nie do połączenia." Mając czas, spokój i realizację osobistą...

Już rozumiem. To jest punkt wyjścia.

- To teraz już możemy iść przez życie ramię w ramię?

A.
 

 
"Ogarnij się albo giń!" - Dał mi kiedyś radę Facet W Garniturze w kolejce do stritfudu w czasie lancztajmu.

Wzięłam sobie tę radę do serca. Efekty? Zaprojektowałam strategię personal brandingową. Zawsze dobrze wychodziło mi przyciąganie uwagi, stwierdziłam więc, że może jest szansa bym coś z tego miała : )

ZAPRASZAM NA MOJĄ STRONĘ INTERNETOWĄ. (Nie bloga... blogasek to rozrywka, a w prawdziwym życiu trzeba mejk karjeer!)

http://www.justynapoluta.com/

(PS: Ten post jest napisany w ironiczny tonie. Tak. Nie wydawało Ci się. A mi jeszcze nie odpieprzyło na dobre.)

A.
  • awatar . Sparkle . ♥: wspaniały wpis . zapraszam do mnie , zostaw jakiś ślad po sobie ☺ zapraszam do obserwowania mojego blogu ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Pisane przy:




Wrócę, gdy zrozumiesz - już po kilku latach
Może właśnie tutaj będzie koniec świata
Będziesz wtedy inna - ja wciąż taki sam
Może nam się uda zacząć jeszcze raz...


Wróciłam do Zimnowody. Na moment, na dwie tarcze zegarowe. Na czas, który płynie niemiłosiernie szybko. A czasy są tutaj ciężkie, niewdzięczne. Ludzie żyją w atmosferze błędów z przeszłości.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego właśnie tak to traktują. Błąd. To mocne słowo. Mocne słowo bez odwrotu.
Dlaczego nazywać to błędem? Nieporozumienia, czy drogi, które się rozeszły.
Nieco dalej, za granicą takiego "błędu" można znaleźć coś, do czego nie każdy dąży, nawet nie wie, że tam jest przejście.
Perspektywę. Ona nie zakłada tej żałości, z jaką spotykam się tutaj.
Wśród żon, które wybrały nieodpowiednich mężów.
Wśród mężczyzn, którzy nie zawalczyli o własną przyszłość.
Dlaczego nie wierzymy, że można coś zacząć jeszcze raz? Z innymi nadziejami? Wiedząc, że to inny punkt wyjścia i będzie inaczej. Ale... z reszką szans, że jednak.
To nie błąd.
To koleje losu.
Następstwa.
Ale po co ludzie tak tu gloryfikują błędy?
- Wiesz, dziecko... Ja przed laty popełniłam błąd... - Słyszę. I słyszę też "... ale co Ty możesz wiedzieć..."
- O pani historii? Nic.
Ale jeśli mamy dzielić się swoim życiem, to może dzielmy się mądrością, lekcjami z weryfikacji, wspomnieniami z konfrontacji? A nie opowiastkami o tym, jak się wycofaliśmy bez słowa.


Będzie nam raźniej.




Między nami tyle śniegu
Między nami tyle lodu
Czy trafimy znów na siebie?
W naszych oknach szyby chłodu

Może wiosna cię odmieni
Może lato da zapomnieć
Czekam tylko do jesieni
Więc przypomnij sobie o mnie

A.
 

 
Pisane przy:





Dlaczego nie osiągamy tego, czego pragniemy? Nie mamy dość siły, odwagi? Nie pragniemy wystarczająco mocno? Nie! Po prostu lubimy pozostawać w sferze wyobrażeń, gdzie nieskonfrontowanie czegoś z rzeczywistością zapewnia błogość i sprawia, że mamy przestrzeń, w którą zawsze możemy uciec. Przyjazną, bezkrytyczną. Gdzie wierzymy we wszystko, czego potrzebujemy. Została ona WYMYŚLONA przez nas, więc jest dobrym schronieniem. Tworzymy scenariusze przez lata... Wyrzucamy sobie, że czegoś nie spróbowaliśmy. Mamy do siebie żal, że nie spłonęliśmy w tym ogniu, kiedy jeszcze rozpalał w nas... cokolwiek, bo teraz... wszystko, co nam zostało, to poczucie perspektywy.
Ile razy myślałaś "Jak mogło by być?" Ile razy cofnęłaś się przed podjęciem decyzji? Ile razy znalazłaś coś... "ważniejszego..." Ile razy się wycofałaś?
Może kiedyś wystarczała Ci myśl, że jak minie trochę więcej czasu, to podejdziesz do tego inaczej. I uda się. Uda się na pewno. To, co sobie założyłaś. Zapomniałaś o najważniejszym. Relacje to nie są założenia. Wizualizacje szczęścia nie zapewnią Ci, że nagle ktoś pójdzie Twoją drogą. Albo powie wszystko, co chcesz usłyszeć.
To tylko lek. Lek na te wszystkie momenty rozgoryczenia i braku nadziei.
Wiesz, że zły czas się skończy. Ale kiedy jest zły czas karmisz się myślami, które Cię uszczęśliwiają i niszczą jednocześnie.
Nie będzie tak, jak wyglądało to w Twojej głowie, gdy się rozmarzyłaś.
Jak Ci nie wstyd, że teraz jesteś już dojrzała i wiesz, że masz wpływ na swoje życie, a mimo to... niektórych spraw nie dokańczasz, tylko zamykasz w puzderku "Przeszłość. Rozgrzebane. Momentami miłe." Dopisz jeszcze "Nienazwane. Straciłam swoją szansę, a teraz pozostały mi żarty, wtrącane tu i tam. Żarty, których drugie dno rozumiem tylko ja."
Jeśli masz na coś nadzieję... Zbliż się. Skonfrontuj. Próbowałaś? Nie wyszło? Skonfrontuj jeszcze raz, niektóre mantry działają całe lata.
Zawalcz albo zepsuj do końca. I tak... niewiele masz teraz z tego, że czekasz. To i niewiele będziesz miała, kiedy stracisz ostatnią nadzieję. Strać. Znajdzie się miejsce na coś innego. Może mniej rozczarowującego.
Nabierz pewności, że to z czym się tak szarpiesz to tylko nędzna kupka zbiegu okoliczności, radości i wniosków z przemyśleń, których by nawet nie było, gdybyś te wszystkie wieczory spędzała pijąc wino, albo przytulając się do kogoś, kto był realny.
Zburz tę twierdzę. Wymarz tę pamięć. Zobacz, czym żyjesz teraz. Zapomnij.
Może w miejsce tamtej historii pojawi się jakaś inna szansa. A gdyby dusić w sobie minione... nie trafiłaby się wcale...

A.
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Pisane przy:

Open FM - alternative - ALT CLUB.

Podekscytowanie i entuzjazm nie opadły.
Wczoraj cały dzień nie mogłam przestać się uśmiechać, choć uśmiech mam jakiś krzywy i w ogóle nie reprezentacyjny.
Piątkowe popołudnie, korzystając z możliwości dowolności muzycznej w łorkspejsie, włączyłam sobie "Breathe Gentle." i zaczęłam mimowolnie mruczeć. Mimowolnie, acz oficjalnie, ponieważ po chwili zorientowałam się, że widok z okna jest widokiem na Katowice, a ja na pewno nie jestem "u siebie".
Nie byłam tak szczęśliwa od pierwszej zimy w Opolu... gdy kawa zamarzała w kubkach na wynos, a sople zwisały z fontanny. Gdzie mieliśmy dowolność, ponieważ jeszcze nic nie zdarzyło się w tym mieście i mogłam wyjechać w każdej chwili.
Gdy po 20.00 miasto było tak ciche, że można było usłyszeć niepewność. A każda radość przypominała dźwięk tłuczonego szkła. Tak głośno.
Gdzie ludzie myśleli, że wieczorami nic się już nie wydarzy, więc... zamykali się w swoich domach, a ja robiłam anioły na śniegu i świeciłam latarką do okna... do takiego jednego okna za mostem...
- To nie jest właściwie. - Skomentowała moja mama.
Nie powinnaś się tak cieszyć, bo w końcu koleżanki to zauważą i wyżyją się na Tobie.
Zirytowałam się. W środku pociągu.
- Nie mam zamiaru wstydzić się tego, że robię w życiu to, na czym zależało mi, odkąd pamiętam.
Mam czuć się zażenowana? Przepraszać? Ukrywać?
Och, jak ja nienawidzę takiej mentalności!
Dyskutowałam z mamą zajadle, a dziewczyna z pociągu siedząca na przeciwko mnie dała mi znak oczami i kiwaniem głowy, że w pełni mnie popiera.

Ja wiem, że to wszystko układa się w dość szalonym tempie. I zawiera w sobie elementy, o których inni tylko marzą. Ale ja też do pewnego momentu tylko marzyłam.

Przy wysiadaniu zaczepił mnie facet:
- Uroczo się Pani irytuje.
- No co pan... - Ofuknęłam go. Co się wtrąca? Podsłuchuje?
- Przyznam Pani racje. Dziewczyny niewiele robią ze swoim życiem, a później chcą, żebyśmy my, ich faceci kupowali im buty, sukienki...
- Panie... ja się śpieszę, ale powiem tak: Ja Pan spotka dziewczynę, która poprosi, żeby Pan pomógł jej uczcić jakiś sukces, np. aktówką, czy kolacją, to proszę się z nią ożenić. Mało jest kobietek, które celebrują to, co im się udaje, a nie wstydzą się tego niedorzecznie.
Wszystkiego dobrego!

A co do koleżanek, przed którymi ostrzegała mnie mama. Nie mam takich. Wczoraj w samym środku zatłoczonego dworca kolejowego spotkałam Ją.
Moją siostrę z wyboru. Szczęśliwym przypadkiem.
Szczęśliwym przypadkiem spotkałam kogoś, kogo najbardziej potrzebowałam.
Przejeżdżała przez Kato ze swoją najbliższą-w-Opo-osobą. Chyba była szczęśliwa. Tego chcę dla moich bliskich.
Jest szansa, że i szczęśliwym przypadkiem spotkam kogoś, kto należy do jednego miasta, do którego ja już nie mam odwagi wracać.

Mam dość określania tego, co jest właściwe w danych okolicznościach. Tego dystansu.
Tej powagi. Tej skrytości. Postawy... "to jest oczywiste".
Tego zakładania najlepszego futra w niedzielę do kościoła i wyniosłych pozdrowień.
Nie jest. Pracowałaś na coś bardzo długo i to nie jest oczywiste.

To jest Twoje.
Nie pozwól, żeby ktokolwiek Ci to umniejszył.

A.
 

 
Pisane przy:




- ... ale gdyby jeszcze to dało się dopracować, to wszystko byłoby w porządku... - Marudziłam.
Manifestowałam niezadowolenie, bo jak tu być zadowolonym, gdy jeden z fundamentalnych czynników nie działa?
Szukałam dziury w całym.
Dopatrywałam się problemów.
Nie doceniałam.
Rozkładałam sprawy na czynniki pierwsze.
I żyłam tym, co już dawno straciło swą ważność.
Tak było. Tak było, gdy coś mnie mierziło.
Ale teraz najważniejszy cel ostatnich miesięcy, a nawet lat... został zrealizowany.
Już.
Koniec.
Dość.
Stało się.
... To już jest meta.
Masz, czego chciałaś... o co się modliłaś, czego Ci życzyli, co jak uważałaś jest Ci NIEZBĘDNE.
Masz.
Co się czuje za metą?
Pierwszego dnia w kilka godzin po jej osiągnięciu, ja czuję lekką tęsknotę za etapem niecierpliwości, tęsknoty, walki... i zachodzenia w głowę, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej.
Za metą są zwykle codzienne sprawy, które musisz ogarnąć.
Na mnie za metą czekały piętrzące się notatki... tosty z dżemem jagodowym i sok z suszonych śliwek na wieczór. Nic spektakularnego.
Tylko ludzie na przystanku patrzyli na mnie z ożywieniem, jak śmiałam się do telefonu, że teraz moje życie się dopełniło i znając moje szczęście, to pewnie teraz potrąci mnie autobus. Żeby była równowaga.
Chyba raz w życiu ktoś zapytał mnie o to, co się wydarzy kiedy już spełnię swoje życzenie.
Nie wiem, zobaczymy.
Jak dotąd w życiu chciałam dość właśnie do tego momentu.
Teraz czas na kolejne etapy, których na ten moment nawet nie znam i nie planuję. I co najważniejsze - Nie martwię się nimi.
Udało mi się zdobyć czyjeś zaufanie na tyle, że zostałam niemal-pełno etatowym (wciąż te studia dzienne) pracownikiem na wymarzonym twórczym i nakręcającym stanowisku. W branży. W wąskim kręgu zainteresowań. Nie wiem, jakim cudem.
Bycie w odpowiednim środowisku?
Odpowiedni branding personalny?
Odpowiedź na zapotrzebowanie?
Odwołując się do tezy o uniwersalnych pytaniach i nieuniwersalnych odpowiedziach, powiem tak:
- Nie pytaj, chłopaku - żyj. Jak widzisz, ja właśnie zaczęłam.
I może nawet pojadę na wakacje tam, gdzie woda jest turkusowa.
O ile nie postanowię zainwestować w projekty swojego pomysłu.

A.
 

 
Pisane przy:




Give up yourself unto the moment
The time is now
Give up yourself unto the moment
Let's make this moment ... last

And we gave it time
All eyes are on the clock
time takes too much time
Please make the waiting stop


- A Ty, co porabiasz w życiu? - Słyszałam zawsze krótkie, drętwe pytania, gdy obiema nogami zwisałam ze stołka przy restauracyjnym stoliku.
Ach te rozmowy o życiu ze znajomymi przyjaciół, albo przyjaciółmi znajomych. I cały ten warszawski bądź wrocławski urok.
Z jednej strony to oczywiste, że kluczowego doświadczenia branżowego nie zdobyłabym ograniczając się tylko do mojego uroczego, kameralnego Opola, ale z drugiej - Irytowało mnie to, że warszawscy i wrocławscy "koledzy po fachu" zawsze zadawali te oceniające pytania. Chcąc, nie chcąc. Z uprzejmości, żeby jakoś zagaić rozmowę. Albo wynikało to z niewiedzy, że nie wszyscy żyją według mantry "Jesteś tym, co robisz i dokąd zmierzasz."
Zostałam więc w to wciągnięta, niepostrzeżenie i jakby naturalnie.
Gdy zainteresował się mną jakiś mężczyzna, zaczynałam rozmowę od "Co tam Cię wciąga w życiu?"
No i przyciągałam. Managerów przed 40, którym trzeba było kłaść plasterki ogórków na oczy.
Wszystko kładłam na szalę rozwoju zawodowego - pasje, odpoczynek, kontakty rodzinne - czyli brak akceptacji tego, że nie zostałam prawniczką, tylko "kimś nierozsądnym, skoro poświęcam się sztuce/innowacyjnym start-upom", nawet partnera życiowego, mówiąc "Jak zechcę, to wyjadę do Berlina na lato."
Na szczęście, moje podejście i światopogląd został poprzeplatany ludźmi, którzy wciąg mnie zaskakują.
Uczą innego spojrzenia, pozwalają złapać perspektywę, być bardziej cierpliwą i wdzięczną.
- A Ty to właściwie...kto? - Wypaliłam wczoraj bezpardonowo do znajomego mojego znajomego, który przyszedł potowarzyszyć koledze na spotkaniu.
Odpowiedział całą swoją frajdą z tego, co robi.
Miał na sobie długi płaszcz i szalik podobny do tych, które zabierałam mężczyznom nie mając jeszcze jakichkolwiek skonkretyzowanych planów na życie - 5 lat temu...?
Poczułam się, jak jakiś chodzący Kwestionariusz.
Pieprzony Rozliczacz ze stylu życia.
Byliśmy w środku nieprzyjaznego mi miasta, a ja widziałam gościa pierwszy raz na oczy. Co nie przeszkadzało mi ocenić jego "pozycji".
- Nic nie zmądrzałaś. - Powiedziałby ktoś, gdyby tylko mógł. (Ale nie może, bo oficjalnie nie ma mi nic do powiedzenia.)
Nic nie zmądrzałaś, mała. Nie lubię dziewczyn które są napalone na metki, dlatego lubię Ciebie. Ale Ty jesteś napalona na określenia.
To było jak lekcja luzu i szacunku wyborów życiowych. Wracając do domu uświadomiłam sobie, jakie to szczęście, że obracam się wśród takich ludzi. Ludzi, którzy potrafią i zarabiać na życie i realizować swoje namiętności życia, nawet jeśli czasami jest (bądź okresowo bywa) rozbieżne.
Mój mały świat. Moja mała główka. Moja wąskotorowa stabilność, plan 5 letni i getto ludzi, którzy patrzą na siebie przez pryzmat tego, co osiągnęli, jak bardzo są skuteczni w dymaniu systemu. - Tak to wygląda na co dzień. Co rusz szokuję się tym, że komuś może wystarczyć TYLKO jedno stypendium, czy dorywcza "praca na słuchawkach".
A jak widzę w telewizji studenta, który mówi "Przydało by się więcej uczelnianych, obowiązkowych praktyk, bo tak to nie mamy doświadczenia." to rzucam w telewizor miską chipsów wyrażając swoją dezaprobatę.
Jestem dyrektywną i bezkompromisową, jeśli chodzi o mój rozwój babą. Jestem chodzącym wyrzutem sumienia tych, którzy nie mogą pozwolić sobie na lunch - krem paprykowy w restauracji, tylko na frytki. Na dniach będę snobistycznym studentem prywatnej uczelni, co irytuje jednych i jednocześnie studentem 'kreatywnych' studiów, które podobno donikąd mnie nie doprowadzą, co nie pozostawia obojętnymi innych.
Jestem dziewczyną, do której można o 3.00 w nocy zadzwonić z pytaniem "Co to za zaręczyny na FB? Rzuciłaś Banalnego Mężczyznę i postanowiłaś wieść żywot przy boku "Tamtego" - dojrzałego i ustabilizowanego, żeby jakoś podnieść swoją pozycję?" [O tak, byli przyjaciele pytają o wszystko.]
A przy tym wszystkim jestem niebywale "na tak" zaskoczona Katowicami.
Uśmiechniętą znajomą która mimo, że chwyta się czasami niewdzięcznej pracy roztacza wokół nas taki uśmiech i otwartość, że nawet ja-autorytywne-babsko czuję się przy niej swobodnie. I co rusz zaskakuje mnie tym, na czym spędzała życie zanim się poznałyśmy. To dar, to prawdziwy dar, M.
Katowice. Miasto, gdzie chodzę na piwo z muzykiem, który na życie zarabia na budowie.
Gdzie systematycznie dokarmiam bezzębne żebracze babcie miękkimi bułkami słodkimi.
Miasto, w którym zaangażowałam się tak bardzo w idee pewnych projektów, że nie interesuje mnie, czy zyskamy na nich, czy stracimy.
Wiadomo, że nie zawsze jest tak miło. W tym mieście częściej powołuję się na słowa prawników, by zawalczyć o swoje, niż cytowałam je koleżankom, gdy prywatnie piłam z nimi wino po pracy na schodach kancelarii.
Ale perspektywa jest właściwa. A ludzie mają klasę - wpływają na mnie, by mnie kształtować, a nie wykazywać się własną śmiesznością komentując coś, na co nawet nie mają wpływu.
Myślę, że gdy obronię w końcu ten dyplom studiów, które są tu i nigdzie indziej (co mnie tu ściągnęło) to wyjadę z tego miasta jakaś taka... przystępniejsza dla innych, i chyba dla...siebie.

A jak będę miała wątpliwości, zawsze mogę poprosić o... może nie ocenę, ale o spojrzenie kogoś, kto takie pierdolamentowate refleksje ma już za sobą.

A.
 

 
Pisane przy:
Bisqit – Jeszcze lepiej.

Jest wtorkowy wieczór, ale mi przypomina niedzielny. Ostatnie poprawki w papierach, lista spraw do przypilnowania na cały tydzień, zielony soczek do torebki. Następnego dnia trzeba będzie wcześnie wstać, ale to nieważne. Przez zaśnięciem tłukę się z myślami, jakby od mojego prawidłowego spojrzenia na pewne kwestie zależały losy świata. Choć tak, zależą! Mojego małego świata, koncentrującego się wokół mantry "Jesteś tym, co robisz."
W moich myślach są nieprzebrane ilości ironii, dobrych wspomnień i zwrotów akcji.
5.15 - Te nagłe zrywy bladym świtem są jedynym dowodem na to, że moje życie nie upływa mi na leżeniu na kanapie, wizualizacjach niszowych pomysłów, w których miałabym szansę się zrealizować i wieczornych spacerach po zestaw imbirowe piwo + chipsy z tajskim chilli. W ciągu Przerwy Świątecznej zdążyłam szczerze wciągnąć się w fabułę M jak miłość i nie pamiętam już, jak smakuje pośpieszne jedzenie na mieście. W oka mgnieniu robi się z tego środowy wczesny poranek. Wsiadam do pociągu, 7.28 – to jak na moje doświadczenia w podróżowaniu na trasie Wygodne Życie We Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej – Katowice, Miasto Złej passy, to dość późna pora.
Wszystko w moim życiu przyporządkowane jest jednemu. Dyplom. Doświadczenie. Innowacyjne marki, pod którymi mogłabym podpisać się obiema rękami. Rozmowy o interesach przy włoskiej pizzy, które jeszcze przede mną.
Dnia poprzedniego odłożyłam słuchawkę po rozmowie z moją znajomą. Dziewczyną, która troszczy się o dom, dokładając do domowego budżetu drobne z rzadkich zleceń. Nie twierdzę, że tylko to jest zostało, ale jak na ten moment właśnie to jest treścią jej życia. Jest radosna, spokojna i pełna nadziei. Może gdy nie masz szans być niecierpiwa, zmanierowana i przekonana, że niemal wszystko zależy od Ciebie, stajesz się właśnie taka – Wdzięczna i miła?
Nie wiem, ale postanawiam to sprawdzić. Przypominam sobie moje inne znajome, które nie poświęcają się pracy. Nie cieszą się zbytnim szacunkiem. Misja społeczna jako alternatywa dla kariery zawodowej i utrzymanie z emerytury dziadka? - Wyobraźnia podsuwa mi alternatywnie wyglądającą dziewczynę, tylko kilka lat starszą ode mnie. Jak dla mnie – Nie do przyjęcia. Ale ciekawe. Sprawczy dowód na to, że jednak można inaczej. Uwrażliwiające takie jednotorowe egzemplarze, jak ja. Inny przykład? Szukam w pamięci. Jest też ktoś kto przeczekuje obecną sytuację z nadzieją na poprawę. I ktoś, kto inwestuje w swoje kompetencje, nie podejmując aktywności zawodowej – Nie kryjąc się z tym, że to rodzice go utrzymują.
Ja łączę to wszystko, wszystko, wszystko i zastanawiam się, czy to aby nie za dużo.
Misja na Nowy Rok? Odnaleźć realizację w czymś innym, niż rozwój zawodowy. Może gdy odnajdę równowagę w innych swerach życia, tych prywatnych, bądź niezależnych od stabilizacji finansowej i pozycji zawodowej, to i atmosfera w podupadającym na efektach życiu zawodowym się poprawi? Czy w ogóle można poddać się takiemu myśleniu – Dla mnie to nazbyt rozległe. To jak myślenie w stylu - Jeśli naprawię kran, to w mojej szafce pojawi się mąka.
7.45, środa. - Na przeciwko mnie siedzą dwie stasze kobiety. Podobne do siebie. Może siostry? Mam upartą ochotę zapytać na czym upływa im życie. Zawsze mierzi mnie, by zadać to pytanie, gdy w środku dnia widzę ludzi rozkoszujących się kawą, czy wystawiających twarz do słońca?
Wszystko w ich stroju jest spójne, zaś kobiety uśmiechają się delikatnie.
To nasuwa mi myśl – Jak będzie wyglądało moje życie, gdy wszystko na czym mi zależy się spełni? Czy to będzie jakiś koniec? A może błędem jest czekać na taki moment, gdy "Wszystko będzie poukładane." Jak będzie wyglądało moje życie, gdy osiągnę wiek tych kobiet?
Kim byłabym, gdyby nagle ktoś odebrał mi plany, pomysły i treść życia? Książki o wewnętrznej równowadze grzmią, żeby nie oceniać, tylko być wdzięcznym za to, jak wygląda nasze życie i szczerze zaciekawionym życiem innych.
Może za jakiś czas będzie stać mnie na eksperyment polegający na tym, że odłożę na bok wszystko, co robię i zaszyję się gdzieś, gdzie jest jeszcze lepiej, niż Na Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej?
W domu rodzinnym dość często słyszę "RÓB I CZEKAJ KOŃCA."
Ja zaś, mimo młodego wieku, mawiam: "Każdy z nas ma dwie ręce i 24 godziny doby. Spożytkuj je więc tak, by inni nie dziwili się jakim cudem spieprzyłeś swoje życie skoro masz 2 ręce i 24 godziny, które innym pozwoliły zdobyć fortuny, czy chociaż spokój ducha."
A może nie czekać końca? Może potraktować to wszystko jako przygodę, namiętność i oddać się wdzięczności, zaciekawieniu i w tej harmonii zaprosić do swojego życia to, czego się szczerze potrzebuje? Nawet, jeśli miałyby to być większe pieniądze okupione nieprzespanymi nocami?
Może tylko w takiej harmonii jest szansa, żeby to zagościło w moim życiu.

A.
 

 
Pisane przy:




Nadeszła zima bez śniegu, bez zasp. Bez nieokiełznanego wiatru nie pozwalającego iść dalej. Bez ani jednej śnieżynki, która spadając mogłaby zatrzymać się na włosach.
Nikt z nas się ani nie zakopie, ani nie poślizgnie. Będziemy się grzać w lekkim słońcu, wilgotnych dni, patrząc na granatowo-złoty horyzont.
Zagrzebać możemy się inaczej.
- Dlaczego mi się wciąż wydaje, że nie ruszyłam z miejsca? ... że nic się nie zdarzyło? Czuję, że nie doprowadziłam spraw do jakiegokolwiek sprawczego punktu.
Nie jestem nawet w pół kroku do tego, gdzie, kurwa, szłam. - Stwierdziłam dziś przed zaśniedziałym lustrem.
W pół kroku do celu - żadnych zmian.
Myślałam, że tu będzie pewność... spokój i starannie wytyczone cele, a zastałam kruchość, nieprzewidywalność i troskę.
Wszystko, czego się dorobiłam to nowy, miejski adres, strategia, która się ślimaczy się w nieskończoność, aż w końcu sama się gubię czemu to wszystko miało służyć. Ten kierunek, ten zapał, ta początkowa radość.
DLACZEGO WCIĄŻ MAM WRAŻENIE, ŻE TO WCIĄŻ TO SAMO?
Takie to dobre i trafne? Mi jest tak dobrze, że nie chcę się powłóczyć do przodu?
Brak jasno sprecyzowanych celów. Dryfowanie między pomysłami, inwestycjami, byciem cwanym lisem, a wyluzowanym leniwcem - z dala od powinności.
Skoro obiektywnie jest tak wyśmienicie, to czemu subiektywnie jest tak...mętnie?
Czy istnieje jakieś niepisane prawo do wątpliwości, jeśli prawo do błędów jest źle widziane?
Kto ma odpowiadać na te pytania, skoro zdecydowanej większości dziewczyn w moim wieku wystarczy ciepły kąt i akceptacja rodziców tego, co zdecydowały w życiu robić?
Spodziewałam się, że to plany, przewidywania i efekty są najważniejsze. Tymczasem okoliczności, namiętności życia i przypadki drobnych spraw stworzyły scenariusz, który teraz trzymam w głównej szufladzie biurka i w głowie.
Odpoczynek nie pomaga.
Nie ma takiej rzeczy, która by pomogła.
Jest taka osoba, która mogłaby ze swojej perspektywy wszystko skrytykować, albo machnąć na to ręką, co byłoby, jak miód na moje serce.
Ale nie można konfrontować się w 2014 r., skoro w 2011r. się skompromitowało.
Staram się dopasować ten mój scenariusz do innych, szczególnie do tych, których podziwiam. Co zrobiła by ta elegancka, przyszła prawniczka z blond włosami i różową aktówką? Albo jej przyjaciółka, która studiuje w zapyziałym mieście, a mimo to, na pewno uda jej się wbić w garsonkę i w pracować w miejscu, z jedynym w tym mieście uroczym widokiem.
A dziewczyna, która ja uważam za wycofaną i nazbyt uległą poleceniom rodziców, natomiast moja mama za kogoś niezależnego z rozsądnym podejściem?
Jesteśmy młode, więc możemy nie wiedzieć? Możemy się cofać? Możemy udawać, że wszystko jest w porządku i zagryzać się w samotności? Co możemy?
Co nie zostanie nam wypomniane? Co wybaczone?
Gdyby powstała szkoła dla zmanierowanych, niezależnych i kompletnie zagubionych w życiowych i zawodowych ambicjach 20kilku letnich panien, waliłyby drzwiami i oknami.

Wyobraźnia podsuwa mi obraz, jak wpadam na kogoś, kto po prostu pyta, co słychać.
- Zagubiona, jak zawsze.

A.
 

 
Trwają przygotowania nad zebraniem materiałów do pierwszego numeru Magazynu Międzypokoleniowego, który tworzę. Tematem przewodnim będzie DOM. Jak na ironię, ale hasło przewodnie ustalałyśmy z Redakcją jeszcze na jesieni.
Dom. Dom. Dom.
Do realizacji numeru jeszcze daleko.
Ale gdybym kilka dni temu nie została sama w starym, skrzypiącym, żywym domu... nie przypomniałby mi się ten drugi. Ten, o którym myślałam, że oto zaczęło się moje życie - zamieszkam w nim i umrę po wielu latach szczęśliwa.


Dom, do którego za wszelką cenę pragnęłam się dostać, nie był w rzeczywistości domem... aktualnie. Był nim lata temu, a teraz był po prostu miejscem z sentymentem, zapachem zasłon jakimś czymś słodkim i dymnym... domem z białymi oknami i zimnymi parapetami. Cześć mebli już stamąd wyniesiono. Było tylko wielkie łóżko, z granatową pościelą, choć ona do niego nie pasowała. Pasowała zaś do tego, kto się tam kładł, choć nie co wieczór, bo jak twierdził "To wygodne się tu zatrzymać." W tym domu-nie domu chciałam być. Chciałam tam czekać, tyle ile trzeba będzie. Doszukiwać się śladów przeszłości. Dotykać ścian, chodzić boso po drewnianych podłogach. Wszystko, czego pragnęłam to kontynuować jego historię.
Dom stał w Opolu.
I był częścią życia kogoś, kogo częścią życia ja nigdy się nie stałam.
Czy kiedykolwiek ktoś go zamieszka śmiechem, wieczorami spędzonymi na pieczeniu ciasteczek z imbirem i zabawami z psem?
Ta wiedza nie jest mi już potrzebna. To życie nie jest już moje.
A jednak dom... zapamiętałam. Stworzyłam w pamięci i w wyobraźni.




Little things I should have said and done
I just never took the time

You were always on my mind
You ware always on my mind

Przedwczoraj znalazłam się w innym domu.
Starym, przyjaznym i żywym.
Tylko przez kilka drętwych godzin nikogo w nim nie było. Tylko ja. I kot. Miałam wejść, usiąść i poczekać. Mogłam przykryć się kocem, który nie należał do mnie, albo napić się kawy, którą spieprzę.
Mogłam otworzyć okno i poczuć na swojej twarzy powiew wiatru, który nigdy nie będzie miał w sobie tego słodkiego zapachu, co w Opolu.
Oddychać powietrzem, w którym nie było obecności kogoś, kogo spodziewałam się wkrótce spotkać na swojej drodze. Nie było drogi. Ja się nie ruszałam. Stałam w miejscu. Tak, jak ten stary dom. Silny wszystkimi radosnymi chwilami, jakie spędzili tu ludzie... wypitymi butelkami domowego wina, rzucanymi w progu "Od tego ma się przyjaciół!", serwetkami ze złotymi obszyciami i blatem kuchennym, na którym opiera się spracowana po całym dniu mama, która chce jeszcze posłuchać o czym mówi się w kuchni.
W tamtym domu czułabym się, jak ktoś, kto ma tylko wypełnić pustkę, potrzebę poszukiwania. A w tym? A w tym czułam się, jak oszustka, która podłącza się pod obrazek rodzinnego święta i tak zimuje.
Potrzebowałam tych dwóch domów. Tylko tamten muszę odnaleźć, muszę tam pójść. Za kimś. Póki historia czyjegoś życia jest jeszcze zmaterializowana tym domem, czyjeś życie tam się toczy, choćby tylko momentami.
A ten... inny dom? Ma być mój. To znaczy - także mój. Tak mówią ludzkie plany, decyzje i wynik zaufania. Ale nie nadzieje.
Jakaś drobna część mnie zawsze będzie poszukiwała tamtego domu i potrzebowała tamtego życia.
To jedyny stały punkt.
Od tylu lat, że aż nie zdawałam sobie sprawy, że przeżyłam ich aż tyle.

A.
 

 
Pisane przy:




- Nie teraz. Nie tak. - Usłyszałam, ale z większą chyba dozą innego brzmienia, niż to zapamiętałam.
Ostatnią resztką sił złapałam znaczenie i żyłam dalej. Nie spodziewając się, że będę żyła tak farciarsko. Nie mogę powiedzieć, że to był zły wybór, ale mogę żałować. To jest jedne, co mi pozostało.
Dlaczego nie mówi się otwarcie i szczerze o żalu, tylko o zadowoleniu? Jakby w fałszywym zastępstwie. Żal też nas dokądś prowadzi.
- Chłopaki teraz są niewierni, chwilowi... - Mówi moja ciocia nad kieliszkiem wina o słomkowym kolorze.
Zawsze doda coś od siebie. Zawsze ma opinie.
Ona tak, ale kimże ja jestem, żeby mieć pewność.
Kogo słuchać, jeśli nie kilkakrotnie zawiedzionych serc? Zdradzonego zaufania, ludzi z poczuciem, że zawierzyli niewłaściwemu człowiekowi?
Oni przynajmniej mówią szczerze, opierają się na faktach. Moja, wielka pragmatyczna rodzina.
Moja wielka pragmatyczna rodzina : jakieś tam, stare i wyblakłe wspomnienie = 1 : 0.
- Już zawsze tak będzie? - Myślę w duchu. Już zawsze będziemy stawiać rozgraniczenie pomiędzy wiekiem, a postawą? Przeżyciami, a wiernością?
- Liczy się tylko to, co jest dla nas dobre. - Mówię. To jasne, że znowu wypiłam za dużo białego wina.
Po co mi było się odzywać?
Myślą, że jesteśmy za młode, żeby cokolwiek przeżyć.
Myślą, że nasze sprawy, wspomnienia, dzień za dniem... konsekwencje, rady i to, kim się stajemy rok po roku - To na próbę. Przekonują nas, że kiedyś będzie jakieś "NA POWAŻNIE".
A teraz? Każde "odpuszczam", każe "przystaje" było na poważnie.
Myślałam, że wszystko jesteśmy w stanie wybrać, albo strategicznie rozplanować. I pozyskać. I dobić targu, z Bogiem, z losem, albo z tym, którego chcieliśmy kochać.
Tymczasem chyba coś jednak jest nam pisane.
Choćby jako pocieszenie, albo jedyny właściwy wybór, ale... pisane.
Milknę, jakbym przyznawała rację wszystkim, którzy zdołali mnie przegadać.
- Nigdy nie zrobię prawa jazdy. - Szepczę.
Z przekory, bym już zawsze mogła pić wino na rodzinnych przyjęciach i szczerze mówić, że mam w życiu to, czego jestem warta. Tego, kogo jestem warta. Przypominać, że nie dopraszam się błogosławieństwa.
Nie jestem blisko takiej wiary, jaka ma sens i znaczenie. Jestem blisko wiary w siebie, w swoje własne dokonania, które mam w planach. To kruche. Bóg ma ważniejsze prośby. I patrzy na postawy. Z mojej strony ma tylko wdzięczność. Nie spodziewałam się. Patrzę czasami w niebo, zachwycająco niebieskie i mówię, jak do kumpla: Boże, nie znam większej farciary, niż ja. Myślisz, że to się kiedyś skończy? Mam się przygotować na konfrontację ze sobą...?
Już zawsze będę wypijała za dużo wina na uroczystościach, przyjęciach i innych rodzinnych spotkaniach z okazji Świąt.
Przyciszała wszystkich. Przypominała im, że mamy to, co jest "nasze", nie to co upragnione. Nie zawsze.

A.
 

 
Pisane przy:



Jak żyć? Jeść roladę, z ogórkiem i papryką. Uśmiechać się i nie zapominać, że Drugi Dzień Świąt jest równie ważny, jak pierwszy. Słuchać. Nie kwestionować. Pochylać się. Przemykać, sunąć pomiędzy tak samo POSZKODOWANYMI, jak i samemu jest się poszkodowanym.
Zgaszone miny.
Zwieszone karki.
W życzeniach pojawiają się słowa "uważaj"... albo rekordowe "...żeby za rok nic się nie zmieniło, zobacz jak dobrze masz."
Festiwal podsumowania życiowego nieszczęścia. Celebracja pozycji wycofania. Święto bierności. Zaakcentowanie strachu. Próba kategoryzowania tego, jako "Odpowiednia Postawa."
Pobudka o 12.34 i zachód słońca przed 16.00. To mój najkrótszy dzień w roku. Myślę, że niewiele straciłam.
Albo bezrefleksyjne przyjęcie tego, co w kalendarzu, albo "alternatywna ucieczka" z nowo poznaną osobą, żeby podkreślić 'indywidualne szczęście'. Tym mnie nie przekonają.
- Ty w ogóle nie wiesz, jak masz żyć. - Słyszę oskarżenie.
- No i dobrze. I może z tego uczynię swój sposób na życie. Kto wie, pomysły rodzą mi się w dnia na dzień. Szczególnie, jak tak leżę i myślę.

Z telewizora świąteczne życzenia składają mi kulturowi idole, których nawet nie znam i nie wiem, czemu nagle zechcieli podzielić się ze mną dobrym słowem.
Dobrym słowem? Pff.
Jak ktoś ma słowo rozruchu, wskazówki, albo realnego wsparcia albo choć słowo szczerej ciekawości - To zapraszam do kontaktu.
Ale te "dobre słowa" to PUSTE SŁOWA.

A.
 

 
Pisane przy:



- Minęłyśmy się w drzwiach i właściwie tyle. Przegadałyśmy jakieś 17 sekund. Boże. Gdzie jesteś w te Święta. Dlaczego narażasz mnie na takie... życiorysy. - Rzuciłam dziś przez telefon, wisząc głową w dół z łóżka. Tak, to prawda - Nigdy nie przestałam zachowywać się, jak 16latka. Nadal jestem nieprzystępna emocjonalnie, a wszystko co mam to historie, przygody i odrobina pieprzu w nosie.
- Nie wiem, o czym miałabym z nimi rozmawiać. - Dopowiedziałam, mówiąc o swoich znajomych z czasów, gdy jeszcze fakt, że widziało się wieczorem nawzajem światło w swoich oknach uprawniał do tego, by się z kimś... zakolegować.
(Tego słowa nie słyszałam już w obiegu 10 lat.)

Potulnianki.
Twierdzące, że przez cały rok w ich życiu nie zdarzyło się NIC.
Nudziary przejrzyste.
Nawet mi brakuje elokwencji, żeby jakoś pociągnąć tę rozmowę.

Naprawdę. Taką miałam postawę. Aż tu nagle mój Mężczyzna permanentnie mnie zgasił słowami: A może one lubią takie życie? Może nie potrzebują ryzykować żyć inaczej?

Masz rację. To ja jej nie mam oczekując, że stare znajome będą zabawiały mnie historiami ze swojego życia, które mi zaimponują.

Nadal dziwię się, jak można żyć od Świąt do Świąt, koncentrując się wokół tego, czy ma się już kozaki na zimę i żyć za 2200zł wypłaty męża, ale...
Przynajmniej 'wybausz oczu' mi się zmniejszył.

A.
 

 
Pisane przy:




W Święta dobrze jest celebrować, cieszyć się, albo chociaż przemilczeć coś, co mogło by być ością w gardle. Wiodę teraz swoje nieprzewidywalne, namiętne w wyzwania i wolność życie, jestem na etapie, który nazwałabym "promise break". I jakby na złość założeniu, większość swojego czasu spędzam w domu, w którym grzmiałam "Jak będę miała 18 lat i jeden dzień, to się wyprowadzę!"
Wolna od zobowiązań, wolna od modeli zachowań i od przynależności, które dobrze jest kontynuować dla świętego spokoju. Po prostu wolna. Na balu przypadkowych znajomości, które rzutują na całe życie. Właśnie takich ludzi, z takich znajomości nie możemy zaprosić do siebie w Święta. Jest jedna przeszkoda. "Własne życie" każdej ze stron.
Oprócz gości proszonych i nieproszonych, i tych o których pamiętam, zastanawiam się czy są jeszcze tacy, za którymi tęsknię.
Ze wszystkich pytań, które padły, nie padło najważniejsze: Za kim tęsknisz w Święta? Kogo nie ma w Twoim życiu, co daje Ci się we znaki?
Zawsze gdy ktoś mnie pyta, czy coś jest prawdą mówię "Na ten moment - tak, ale zapytaj w Boże Narodzenie. Wtedy myślę potrzebami, sercem. Dziś jest zwykły dzień i dziś myślę rozwagą."
Pytam więc siebie, czy jest we mnie choć krzta tęsknoty. Trudno ocenić, w ten rutynowej atmosferze hipokryzji Świąt.
Jest gorąca czekolada z kardamonem i pieprzem oraz plaster w postaci kulturowego, kontekstowego szczęścia. W związku z tym... trudno ocenić. Może zapytaj w kolejne Święta. Albo w moje urodziny, to druga taka okazja w roku.

A.
 

 
Pisane przy:




Towarzyszy nam poczucie rozczarowania. Wiszę na telefonie, grzecznie odbieram - Ale w słuchawce słyszę tylko czcze życzenia. I jakby w tle, szumem, doprecyzowanie: Oby Ci się. Mi się. Końcówka własnego nosa. Bajka. Nie jest najgorzej, wiemy, komu jest najgorzej. Nie zmarnowaliśmy sobie życia. Wystarczy? Kto odpadł? Jak można być tak naiwnym?
Odpadłam. Opadłam na fotel.
Kręci mi się w głowie. Mieliśmy tyle czasu. Tyle nam mówiono o wyborach. Tyle rozmawialiśmy o świadomości. Obiecaliśmy sobie nie popaść w to, od czego ludzie uciekają, radując się pod niebiosa Świętami Bożego Narodzenia.
Wybałuszone oczy.
Toasty.
Mandarynki.
Czas.
Poczucie, że nie dotyka nas 'ręka sprawiedliwości'.
Ludzki wymiar świąt.
Tak bardzo ludzki, że ludzie nie mają czasu posłuchać, czego się dla nich chce.
Naprawdę. Z troską. Z uważnością.
Plątanina symboli.
Kulturowy kontekst.
Rubinowe wino.
Grube ciotki.
Wielki koniec.
Podsumowania.
... Rozczarowania.

Ludzie w sąsiedzkich ławkach w kościele wyglądają na szczęśliwszych.

A ja zadaję sobie pytanie: Czyje życie chciałabyś wieść?
Bo chyba nie swoje.
Zblazowana, zmanierowana kobieto?

A.
 

 
Pisane przy:




PYTANIE TEGOROCZNYCH ŚWIĄT: A JEŻELI NIE UDA NAM SIĘ SPEŁNIĆ WŁASNYCH ŻYCZEŃ?
OGOLIMY GŁOWY, WYJEDZIEMY DO KLASZTORU I OBUMRZEMY INTELEKTUALNIE, SPRAWCZO, TWÓRCZO?
Zmienimy podejście, czy będziemy musieli zmienić całe życie, żeby własne poczucie wstydu nas nie zabiło?

A.
 

 
Pisane przy:




Co można robić w niedzielę po kościele, przy herbatce? Rozliczać innych z ich stylu życia.
O ile ma się jeszcze do tego cierpliwość. Cierpliwość mogła już zostać zabrana przez nastolatków, których rodzice dla przykładu i tradycji ciągną na niedzielną mszę. A ci szarpią się, szturchają, komentują i zaczepiają.
Rozliczanie ze stylu życia jest bardzo prostym zajęciem, usprawiedliwiającym "nasz jedyny właściwy wybór".
Jak długo jeszcze? Jak długo?
Nie będzie nam łatwo zrozumieć, dlaczego ktoś z czegoś zrezygnował, a inny właśnie to priorytetyzuje przez całe życie.

Tańczymy wokół własnej osi, pijemy wino i współczujemy wszystkim, którzy zniszczyli sobie życie.

Każdy ma takie symbole, na jakie zasługuje, albo jakie sobie wybrał.
A tutaj z rąk do rąk przechodzą symbole wolności.

A.
 

 
Pisane przy:




* Nie jesteśmy gotowi przyznać, że to, czego słuchamy w Kościele jest ważniejsze od tego, czego sami jesteśmy przedstawicielami, co uważamy.
Traktujemy to więc, jak inspiracje.

* Nie mamy ochoty powiedzieć, że coś było naszym błędem, naszą winą. Lubimy estetyzację, więc nazwiemy to doświadczeniem. Nie będziemy wybaczać. Ani "prowokować kłótni, jeśli zechcemy powiedzieć coś jasno".

* Nie akceptujemy instytucji spowiedzi, ponieważ uważamy ją za niedorzeczną. Mamy się... tłumaczyć? Rozliczać? Przepraszać za dotychczasowe życie?

* Przemawia przez nas pragmatyzm i realizm. Ciężko jest nam uwierzyć w coś, czemu bliżej do bajki, niż historii.

* Wiarę przekabaciliśmy "na swoją stronę". Wierzymy, że nam się coś powiedzie, że Bóg nam dopomoże. Ale z trudem wyobrażamy sobie, że 2 tysiące lat temu...

* Msze Święte powoli stają się dla nas wydarzeniem towarzyskim, a nie sakralnym.

* Kilka dni wolnego, o przepraszam - Święta Bożego Narodzenia traktujemy jako kilka dni wolnego. Relaksujemy się wtedy i odpoczywamy, snując plany i świetnie się bawiąc z tymi, których nie widzieliśmy od lata.

* O prawdziwym znaczeniu Świąt ostatnio ktoś nam opowiadał w szkole podstawowej, więc już zapomnieliśmy. Zachowujemy więc formę: Elegancki strój, świątecznie zaaranżowane mieszkanie, odpowiednie wino na przyjęcie gości.

* Szczerze irytuje nas, gdy ktoś zapyta o Święta, o rekolekcje, albo o powinności, które należy spełnić.
Traktujemy to jako wszelkie przekroczenie granic.

Jacy my?
Wszyscy, którzy mamy wątpliwości.
Jeśli nie masz wątpliwości, to gratuluję.




Maybe next year
With a miracle
I can give you more
But no matter what
I'll be with you
Of that you can be sure

A.
 

 
Pisane przy:

Z dedykacją.



Poor Leno
Where you'll be, I'll go
Where you'll be, I'll know
Where you'll be, I'll find you

Poor Leno
Have you due in time
Reunite as one
Please, I almost find you

Narzędzie rozliczania planów może być różne. Można nawet machnąć ręką, kierując się przeświadczeniem, że ważniejsza jest przygoda/doświadczenie/inspiracja, niż plan. Jakikolwiek plan.
Wszyscy rozliczają plany. Częściej te roczne, 5 letnie, ale zdarzają się i tacy, którzy dzierżą w dłoni grubą kreskę, którą można coś przekreślić, albo podkreślić.

Tak było z panem, który chciał przeżyć Święta na dwa sposoby. Jeden - rodzinny. Wigilia 21.12, bo 23.12 gdzieś tam wylatuje, gdzieś gdzie jest przezroczysta woda.
Najlepiej jest powiedzieć, że nie planowało się czegokolwiek i że jest się zaskoczonym przebiegiem minionego roku wyjątkowo dobrze.

- Nie planuję. Chwytam. - Rzuciłam dziś, czując, że ktoś chce sprawdzić na ile mam kontrolę nad swoim życiem, a na ile jestem nieświadomą pierdołą.

Można powiedzieć, że sami zgotowaliśmy sobie taki los, kręcąc się w takich środowiskach.
Gotujemy barszcz i gotujemy los. Tak jest co roku.
Kręcimy się w środowiskach i kręcimy złoty łańcuch na choince, wokół czerwonych bombek.
Szlachetnie jest robić plany, ale o plany nikt mnie nie zapytał.
Ostatni tydzień roku to niby czas refleksji, uświadamiania sobie ważnych rzeczy... porozumienia z samym sobą. No jasne. I tydzień STYCZNOŚCI ze wszystkim, co jest bardziej WYPRACOWANE, DOPRACOWANE I WYMUSKANE, niż Ty.

- "Święta są w porządku, ale nie lubię tych chrześcijańskich akcentów. Oto mój świat." - Cytuję komuś moją przedpołudniową rozmowę.

- Święta bez tych akcentów przestają mieć większy sens. - Słyszę w odpowiedzi.

- Ale ludzie lubią, kiedy nie ma sensu.
Uciekamy od sensu, uciekamy od sprawczości.
Plany są w porządku, kiedy nie trzeba ich realizować. A Święta są w porządku, kiedy nie trzeba wykazywać się zrozumieniem.
Dla większości zagubionych ludzi to są tylko symbole. Witam w moim świecie. To jest świat SAMOREALIZACJI, a nie poświęcenia siebie (swojej postawy, opinii) dla większej (świątecznej) idei.

- To jest świat nie Świąt, które należą się wszystkim ludziom, ale celebracji, które należą się małym, wybranym grupom. - Powiedział mi dziś mężczyzna w szarym płaszczu, który tylko zapytał o drogę.

Nie chcemy, żeby szczęście, spokój i radość należały się wszystkim, skoro w tak oceniającym tonie traktujemy wszystkich.

A gdybym tak wsiadła do tego samochodu, odjechała, wyjechała do świata, w którym niewiele kwestii jest ustalonych i przyjętych? Do świata gdzie trzeba się do otaczającej rzeczywistości ustosunkować, a nie ją przyjąć?

A.